Pięćdziesięciozłotowe targi – na kłopoty Szczepański…

Pięćdziesięciozłotowe targi – na kłopoty Szczepański…
Pięćdziesięciozłotowe targi – na kłopoty Szczepański… 

Każdy z Was, Koledzy, zna bajeczkę o lisku chytrusku i na pewno, podobnie zresztą jak i ja, spotkał się z inwestorem będącym takim liskiem. Jaki był mój? Pozwólcie, że go przedstawię.

Lisek-chytrusek, a właściwie Lisica, zadzwoniła do mnie późnym latem z zapytaniem, czy jesienią nie zrobiłbym więźby oraz czy bym jej nie zadeskował i zapapował. Przykrycia na razie nie chciała, bo z pieniędzmi krucho. Do tej pracy to mnie namawiać nie trzeba, stawianie więźby to, rzec by można, moje hobby. Zgodziłem się na rozmowy, bo i owszem, czemu nie…

Pojechałem, stawkę uzgodniłem i cieszyłem się, że kierownikiem budowy jest człowiek, z którym często współpracuję, dom pięć kilometrów od mojego domu, zatem same plusy. Jednak, że to budynek w okolicy, postanowiłem, jak zawsze zresztą, zasięgnąć języka.
Tak się dowiedziałem, że Pani jednemu odmówiła, bo za drogi, drugiemu metry zaniżyła, i jak chłop się doliczył tych 90 m2 brakujących to podziękował…

Budynek niemały swoją drogą, a mnie Pani mówiła na spotkaniu o metrażu, jednak „uszedłem z życiem”, podając stawkę za metr. I tak nasza Bohaterka była ogromnie zdziwiona, że wyszedłem na koniec rozmów najdrożej ze wszystkich :).

Zdziwienie, zdziwieniem, ale bez targów się nie obyło. Pierwsze podejście było przy podpisaniu umowy, jednak ja, niezłomny, tylko poinformowałem, że dojdzie koszt wkrętów ciesielskich, izolacji i takich tam pierdół, i że Pani musi być na kolejne koszty gotowa, bo – z szacunkiem dla kolegów – na zaciosy więźby nie stawiam…

Kolejne targi nastąpiły przy wypłacie transzy za postawienie więźby. Pani Inwestorka stwierdziła, że skoro tak szybko robimy, to nam urwie dwa tysiące. Miało być do piątku, a jest czwartek rano… To się nazywa szok i niedowierzanie! Wspomniałem Pani tylko o umowie, że tam nie ma stawki godzinowej, a raczej jest wyszczególniona za metr.

Zapłaciła, jednak nie bez skwaszonej miny. Dalsze prace, przebiegły bez większych przeszkód, jednak usłyszeliśmy tym razem, że można by szybciej :). Na koniec Pani się rozliczyła i – żeby było Jej milej – odpuściłem 50 zł, bo nawet o tyle na koniec się targowała :). Jednak na pytanie, czy będę miał na Jej dach czas wiosną, odpowiedziałem, że do kolejnej zimy terminów już nie mam.

No i tak kończą liski-chytruski. Pani niech poszuka sobie na pokrycie dachu innego jelenia, że tak pójdę zwierzęcym tropem. Wiecie dlaczego? Zwyczajnie bałem się, że na koniec nie zapłaci wszystkich pieniędzy, że taka natura tak ma, gdzieś przyoszczędzić, coś pokombinować… Zatem koledzy, ktoś ma czas wiosną? Podać adres? 🙂

A, że to felieton, który będziecie czytać być może w świąteczny wieczór, życzę Wam koledzy, aby nastał czas, że będziemy szanowani przez klientów, ale również będziemy szanować samych siebie oraz naszą ciężką pracę i nie będziemy odpuszczać nawet tych pięćdziesiątek. Czego i sobie życzę :).

Z dekarskim pozdrowieniem
Rafał Szczepański

Data utworzenia: 02.01.2021


Komentarze

  • Elenka25 napisał(a):

    Dobrze napisane kilka dobrych porad.Opisane gdzie i naczym zaoszczedzić.Wszytko w jednym miejscu.

  • Damian napisał(a):

    z życia wzięte, jak zwykle chodzi o czas i pieniądze. fachowcy wykonują robotę zgodnie z umową na piśmie. najgorsze jest ustalanie na "gębę" bo tak umawialiśmy się, później są różne konflikty i nie ma jak się dochodzić, co zapisane to zapisane, każda ze stron może później dochodzić swojego. na pewno ktoś dokończy wiosną tą inwestycję tej pani, tańszym kosztem.

dołącz do dyskusji

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *


Podobne artykuły