Na rynku

Czy leci z nami pilot?

Nie ma, nie znam, nie spotkałem się jeszcze z projektem domu, który byłby bezbłędny, albo przy którym nie miałbym żadnych pytań. I tym razem też tak było.

Pewnego pięknego dnia tego lata… dobra, nie będę koloryzował – lato wcale nie było piękne. Ale za to z projektem pięknego domu zgłosił się do mnie inwestor, żebym zajął się tematem jego dachu. Solidne 320 m² w tzw. „elkę”, kryte dachówką, wstępne krycie z papy – wszystko, co lubię. Poprosiłem o projekt na maila, żeby spokojnie przyjrzeć się, co tam w trawie piszczy. Siadam wygodnie w fotelu, kartkuję, a w głowie kołacze się tylko jedna myśl: co do chu…steczki! To ma być dom czy hala produkcyjna? Krokwie 8×18 – standard, drewno C24 – też standard. Ale dalej: płatwie z dwuteowników, słupy z dwuteowników, strop monolityczny o grubości jak dla przemysłówki z betonu B30. Fundamenty zwyczajne, ściany z silikatu… i tu aż chciałoby się wstawić emotkę małpki zasłaniającej oczy. Wszystko od czapy. Na jednym przekroju jętka narysowana powyżej płatwi, a w opisie, że pod spodem. No cóż – projekt indywidualny za grube tysiące. Realizacja? Setki tysięcy.

Kolejnego dnia pytam inwestora, co na to kierownik budowy. Odpowiedź: kierownik zdania nie ma, ale jeśli mam jakieś uwagi, to zaakceptuje i podpisze. Certyfikatu na drewno nie potrzebuje. Standard. Na projekcie widniały dane pracowni i konstruktora, więc zadzwoniłem. Konstruktor, miły głos, tłumaczy: skoro tak zaprojektował, to znaczy, że tak ma być. Dlaczego płatwie stalowe? Bo odległości między podporami duże. Wskazuję, że przy słupach i ścianach nośnych te odległości nigdy nie przekraczają 5,5 m – czyli spokojnie drewno. Odpowiedź: musiał mieć swoje powody. A jak chcemy, to możemy sobie zmieniać. Napomknąłem, że to projekt indywidualny i że takie rozwiązanie generuje ogromne koszty. Usłyszałem: jak inwestor zapłaci za poprawki, to on je zrobi. A tak w ogóle to nie ma czasu się tym zajmować. Czyli – narysować bzdury było kiedy, bo za pieniądze. Poprawić bzdury – już nie.

Upewniłem się tylko, czy przekazał inwestorowi prawa autorskie. Tak. I to by było na tyle. Został więc kierownik budowy – ostatni bastion racjonalizmu. Tyle że po tekście „podpiszę wszystko” miałem poważne obawy, co to będzie za „zderzenie”. I słusznie. Kierownik nie ma uprawnień konstruktorskich. Podpisując wszystko, ryzykuje jedynie własną odpowiedzialnością. Czyli nikt nic nie wie, nikt nic nie może. Czy leci z nami pilot?

Senne marzenie o jakichkolwiek zmianach w projekcie legło w gruzach. Trzeba budować tak, jak napisali. Inwestor ma tylko wyjaśnić kwestię „nad” i „pod” przy jętkach – i jedziemy z tym lotniskowcem. Ale z tyłu głowy wciąż mam pytanie: co takiego się wydarzyło, że konstruktor – bez wzmocnienia fundamentów i zewnętrznych ścian – obciążył budynek takim stropem i stalą na poddaszu? Śmiałem się z inwestorem, że to chyba bunkier. A może po prostu od teraz wszystkie domy będziemy projektować jak schrony?

Z dekarskim pozdrowieniem
Rafał Szczepański

5/5 - (1 vote)

Data publikacji: 28 listopada, 2025

Autor:

5/5 - (1 vote)



Komentarze


Udostępnij artykułUdostępnij artykuł

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Podobne artykuły