Na rynku

Klient w krawacie jest mniej awanturujący – na kłopoty Szczepański

Klient w krawacie jest mniej awanturujący – na kłopoty Szczepański

Mamy XXI wiek, wejdziemy nawet niedługo w jego trzecią dziesięciolatkę, a pewnego dnia poczułem się, jak klient sklepu znanego zapewne nam wszystkim z filmu Miś Stanisława Barei.

Zabrakło mi palety dachówki, a że to towar chodliwy i mało dostępny, udało mi się ją znaleźć we Wrocławiu. Jest pewna hurtownia mająca kilka oddziałów w Polsce, która wykupuje spore partie produkcyjne dachówek i w sumie można ją traktować jak taki „magazyn podręczny”. Zatem podążyłem do owej hurtowni, łącząc przyjemność zwiedzania miasta z obowiązkiem zakupu materiału.

Na wstępie oczywiście czeski film, czyli nikt nic nie wie, ale to raczej nic dziwnego, i można potraktować z przymrużeniem oka. Jednak buńczuczne stwierdzenie magazyniera „nie ten dokument mi Pan pokazywał, dlatego odesłałem Pana na inny magazyn”, wprawiło mnie w pierwszą fazę osłupienia, druga faza przyszła po kolejnie słodko wypowiedzianej frazie „no niech się Pan przyzna”. Czekałem tylko na ciąg dalszy pod tytułem „bo Panu nie wydam dachówki”… No nie wiem, może tak wygląda wrocławska gościnność, szacunek do klienta itd. …

Kolejnym, bardzo ciekawym przypadkiem jaki mnie ostatnio spotkał, to różnego rodzaju naprawy. Oddając samochód czy maszynę do naprawy do autoryzowanego serwisu, wierzysz, że oddajesz sprzęt we właściwe ręce, że fachowiec pracujący dla uznanej marki zajmie się powierzonym mieniem najlepiej. A tu nagle, po kolejnych problemach z rozruchem, od „zwykłego” mechanika się dowiadujesz, że owszem silnik wymieniono, ale zapomniano wkręcić nowe świece… Zastanawiasz się czy to 40-złotowa oszczędność firmy, a może prywatne oszczędności mechanika… Przychodzi Ci też do głowy, że trzeba się znać na wszystkim, bo na ludzi już liczyć się nie da…

Wiem, że klienci potrafią człowieka z równowagi wyprowadzić, bo mnie to ostatnio spotkało, ale naprawdę mój ostatni klient ostro sobie na to zapracował. Naprzeciw mnie w biurze siedzi klient, naprawdę miły, jednak podejście do tematu budowy „jakoś to będzie” sprawia, że włącza się we mnie agresor. Tłumaczysz człowiekowi jak przysłowiowej „krowie na rowie”, że drewno klasy C30 w Polsce jest raczej nie do kupienia – czyli temat poruszany z każdym Inwestorem, że trzeba wprowadzić zmiany, kierownik musi zapisać w dzienniku budowy itd., a słyszysz, że no jak w projekcie jest to znaczy jest, mówisz o tym, że narożne wiszą w powietrzu i coś z tym trzeba zrobić, a z uśmiechem na twarzy Inwestor mówi jakoś to w trakcie się zrobi, jakoś będzie, najwyżej później jakie słupki się podstawi… i nie wiesz wtedy czy to już jest ten etap kiedy chcesz rzucić projektem i uciec, czy warto jeszcze chwilę poczekać i zebrać ostatnią krztę cierpliwości. Trzykrotne spotkania doprowadziły do szczęśliwego końca, a mianowicie posiadam już numer telefonu do kierownika budowy 🙂 Wracając choćby do Pana magazyniera z wrocławskiego oddziału firmy X, to zdaje sobie sprawę, że w dzisiejszych czasach każdy pracownik jest na „wagę złota”, ale czy to korzystnie wpływa na wizerunek firmy, czy to „złoto” nie robi się czasem za ciężkie? Czy traktowanie klienta jak petenta z czasów komuny przysparza klienteli? Czy, może warto wykazać się odrobiną cierpliwości i „wypuścić w świat” kolejnego zadowolonego klienta, który poleci firmę sąsiadowi?

A Wy Panowie, też spotkaliście się z takimi „złotymi ludźmi” na swojej drodze?

Z dekarskim pozdrowieniem
Rafał Szczepański

4.8/5 - (38 głosów)

Data publikacji: 8 lutego, 2019

4.8/5 - (38 głosów)


Komentarze


Udostępnij artykuł

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

  1. Damian
    piątek, 8 lutego, 2019

    Takie opisane historie klientów zdarzają się prawie codziennie. Trudny klient niestety wymaga więcej czasu ale gdy znajdziemy dla niego zadawalające rozwiązanie to na pewno opłaca się to. Zadowolony klient generuje kolejnego klienta, poleca nas dalej, a więc warto działać.

  2. Miki
    sobota, 9 lutego, 2019

    “Nasz klient – nasz pan” już chyba odchodzi w zapomnienie. Spotyka się teraz coraz mniejszy szacunek do klienta. Oczywiście klienci też bywają różni. Jednak trochę empatii z jednej i z drugiej strony by nie zaszkodziło.

Podobne artykuły